Laibach – Spectre

Kwiecień 27, 2014 w Marcin, Recenzje by Marcin

Laibach-SpectreWitam was po miesiącu od mojej ostatniej recenzji. Wkraczamy w okres wyjątkowo obfitego wysypu nowych i bardzo interesujących płyt, który zacznie się wraz z sabatonowym „Heroes” 16 maja. W okresie wiosenno – letnim adekwatnie do słonecznej i przyjemnej pogody my również was uraczymy recenzjami pozytywnych, wesołych i skocznych płyt z zakresu power, folk czy viking metalu. Dzisiejsza recenzja będzie ukoronowaniem serii opisywanych przez nas posępnych, zimowych wydawnictw industrialnych, ponieważ zajmiemy się dziś zespołem, bez którego industrial metal w obecnym kształcie by nie istniał.

Bardzo mało osób zdaje sobie sprawę z korzeni muzycznych dobrze nam znanej niemieckiej grupy – Rammstein. Ta szóstka chwackich Niemców stworzyła jedyny w swoim rodzaju zespół, zyskała miliony fanów na całym świecie i na zawsze zapisała się w historii muzyki popularnej. R+ nie stworzył jednak swojego stylu z niczego. Genezę tanz metalu można określić jako syntezę oomphowego industrialno – rockowego crossoveru oraz laibachowskiego martial industrialu. Od Dero Goia i spółki byli NRD-owcy przejęli rockową przebojowość, ale to inspiracja słoweńską grupą wpłynęła na posępny klimat krążków niemieckiego sekstetu. Wielu fanów Laibacha z lekceważeniem odnosi się do naszych ulubionych Niemców z powodu skomercjalizowania owego stylu muzycznego, między samymi muzykami nie dochodziło jednak nigdy do sporów na tym tle. Relacje między nimi były na tyle dobre, iż na prośbę R+ Laibach scoverował ich „Ohne Dich” na płycie kompilacyjnej. Stosunek członków Laibacha do niemieckiego zespołu najlepiej opisze ich stwierdzenie : „Rammstein jest Laibachem dla młodzieży, a Laibach Rammsteinem dla dorosłych”. Coś w tym jest.

Słoweńcom trzeba przyznać, iż w środowisku muzycznej alternatywy są żywą legendą. Zaczynali bowiem swą karierę ponad 30 lat temu w Jugosławii jeszcze pod koniec rządów Tity, wskutek czego przez całe lata 80. ich pracę poważnie utrudniały represje ze strony władz. Te trudności znalazły swoje odbicie w muzycznym stylu grupy, który z początku był niezwykle surowy i najbliższy swoim czysto industrialnym korzeniom. Wraz z przemianami politycznymi lat 90. zespół zmienił również swoją twarz, ich muzyka została rozwinięta o bardzo liczne wpływy różnych gatunków elektronicznych, a epizodycznie i rockowo/metalowych. Z tego powodu nie da się w zasadzie zaszufladkować zespołu pod nazwą jednego gatunku muzycznego, nie ma więc sensu rozpływać się w dywagacjach dotyczących rodzaju muzyki granej przez Słoweńców.

Na takie szufladkowanie nie mamy nawet potrzeby, ponieważ specyfika Laibacha w dużej mierze polega na jego pozamuzycznej symbolice oraz strefie lirycznej, wobec której sama muzyka jest poniekąd jedynie tłem. Pasjonaci tematu na pewno nieraz słyszeli o skandalach wywołanych rzekomo nazistowskimi poglądami Słoweńców. Muzycy zbudowali jednak perfekcyjnie specyficzny projekt, mający za zadanie ujawniać zagrożenia związane ze wszelkimi formami nadużyć władzy oraz problemami społecznymi trapiącymi nasz świat. Laibach to nie jeden z tysięcy zespołów tworzących jakąś tam muzykę. Ci kolesie powołali własne państwo, rozdają własne paszporty! Co prawda nie mają żadnego terytorium, nie stanowi to jednak przeszkody, aby uznać ich za jeden z najważniejszych elementów dorobku kulturalnego naszej epoki. Elementu niedocenianego przez nasze syte i obojętne społeczeństwo, co równie dobitnie podkreśla jego misję.

Dość już zachwytów nad oryginalnością panów w niemieckich mundurach. Czas w końcu zająć się ich najnowszym wydaniem, zwłaszcza, że mamy do czynienia z pierwszym od 11 (sic!) lat krążkiem stworzonym w 100% przez muzyków. W międzyczasie pojawiły się oczywiście inne wydawnictwa, będące jednak coverami (Volk) lub reinterpretacjami (LAIBACHKUNSTDERFUGE) dzieł innych muzyków. „Spectre” to 14 bardzo zróżnicowanych pod każdym względem utworów. Zaczynamy od „The Whistleblowers”, swoją drogą najlepszej pod względem muzycznym pozycji. Przez 3 i pół minuty mamy do czynienia z bardzo przyjemną elektroniczno – symfoniczną kompozycją wzbogaconą o męski chór i charakterystycznym, „gwizdanym” motywem przewodnim. Ale to nie o to tu chodzi. Zazwyczaj nie poświęcam zbyt wiele uwagi tekstom, teraz jednak jest to mój obowiązek, ponieważ utwór traktuje o ludziach takich jak Edward Snowden czy Chelsea Manning, czyli tytułowych informatorach, ujawniających przed światem najskrytsze tajemnice rządzących nami. Całość okrasza symboliczny teledysk, utrzymany jak zwykle w ironicznej wymowie.

Drugie na płycie „No History” przynosi nam niestety radykalną zmianę muzycznych klimatów. Przez cały czas atakuje nas burza dziwacznych, elektronicznie zniekształconych dźwięków, od których, przykro mi to mówić, zaczęły mnie trochę boleć uszy. Pomijając te dubstepowe elementy mamy tutaj to, do czego Słoweńcy przyzwyczajają nas już od pewnego czasu, a więc współpraca damskiego i męskiego wokalu oraz EBM-owe tło. Liryczna warstwa traktuje zaś o sposobie działalności ludzi o zapędach totalitarnych. Czy to przywódców sekt, czy to politycznych demagogów. W bardzo zwięzły sposób Milan Fras wyjaśnia prowadzony przez nich proces otumaniania słabych umysłów, do czego być może służą też te skrytykowane przeze mnie przed chwilą zapętlone dźwięki, które istotnie tworzą niejako hipnotyczną atmosferę. Trzeci „Eat Liver!” jest o wiele żwawszy, moją uwagę przykuwa zniekształcony wokal w kółko przewijający się gdzieś w tle. Warto również wspomnieć, iż z latami Milan Fras oddaje coraz większe pole do popisu młodszej koleżance Minie Szpiler, dysponującej bardzo dojrzałym głosem. Czwarta „Americana” przynosi pewne wyciszenie, a Milan i Mina szepczą nam swoje ironiczne rady, w jaki sposób powinniśmy działać, jeśli chcemy zmienić świat. Piąta pozycja „We Are Millions And Millions Are One” przypomina nam, jak mali jesteśmy wobec anonimowej, potężnej masy ludzkiej. Warto zwrócić uwagę na szósty „Eurovision”, który nie ma nic wspólnego z pewnym konkursem muzycznym, przekazuje natomiast dość posępną wizję przyszłości Europy zniszczonej przez wewnętrzne sprzeczności.

Siódmy „Walk With Me” kontynuuje pewien schemat. Denerwujące elementy zniekształconej elektroniki i tekst traktujący o bierności i obojętności społeczeństwa wobec niesprawiedliwości tego świata. Lepszy muzycznie jest kolejny utwór, „Bossanova”, bez ogródek przedstawiający wynaturzenia władzy. Od kolejnej pozycji zaczyna się nieco spokojniejsza część albumu. W dziewiątym „Resistance Is Futile” nie mogę znieść zmiksowanego w popowym stylu głosu Miny, cała kompozycja jest jednak dość statyczna, a o pewien uśmiech przyprawiła mnie część liryczna, którą wyobraziłem sobie jako manifest promujący działalność stworzonego przez Słoweńców NSK (to jest właśnie ich eksterytorialne państwo!). Właściwa część albumu kończy się na „Koranie”, bodaj najbardziej wyciszonym utworze ze wszystkich, z jakimi tu mamy do czynienia. Tekst jest tu zdecydowanie bardziej niż dotychczas sentymentalny, ale nadal refleksyjny. Na ziemię szybko nas jednak sprowadza Milan, przypominając nam, że słowa są miłe, ale są również naszą bronią; mogą zabrać nas daleko stąd, ale i zostawić daleko w tyle.

Część bonusowa składa się z czterech utworów, pod względem muzycznym będące kontynuacją głównej części albumu. Nie ma tu już niczego, z czym byśmy się wcześniej nie spotkali, warto jednak wspomnieć o francuskojęzycznym „Love On The Beat” (nota bene najbardziej irytującym muzycznie) oraz o ostatnim na płycie coverze „See That My Grave Is Kept Clean”. Jakże różnym od oryginału.

Wyjątkowo dużo napisałem dziś o części lirycznej, a bardzo mało uwagi poświęciłem części muzycznej. Jest to konieczność, gdy mamy do czynienia z takim artystą jak słoweńska grupa Laibach, której nie można oceniać w taki sam sposób jak wykonawców muzyki popularnej. Wówczas płyta otrzymałaby zapewne 5, góra 6/10, ponieważ nie przekonała mnie do siebie od strony muzycznej. Dubstepowa elektronika jest nieprzyjemna, kłuje w uszy, powoduje chęć wyłączenia płyty. Pierwszy utwór jest przyjemny, reszta nie bardzo. Ale nie mogę wystawić takiej oceny. Nie mogę ze względu na 30-letnią historię grupy, która sama przecież tworzy historię. Dzisiaj zaklasyfikujemy jej styl jako muzykę alternatywną. Wydaje mi się jednak, że w przyszłości dorobek Laibacha zostanie znacznie bardziej doceniony. Przejdzie on do panteonu muzycznych sław, zajmie miejsce obok najwybitniejszych muzyków wszystkich epok. To nie jest muzyka popularna. Jest za trudna, zbyt poważna, ażeby spodobała się masom. W XIX wieku Chopinem czy Beethovenem zachwycali się bądź co bądź jedynie nieliczni, elita! To nie była muzyka dla mas!!! Czasy się zmieniają, odbiorcy również, ale nadal mamy muzykę dla ludu, traktującą o wyrywaniu gąsek bądź reprezentowaniu biedy. W kontraście do niej stoją dzieła, dla zrozumienia których trzeba posiadać pewien poziom intelektualny, niedostępny dla większości. Dlatego końcowa ocena wynosić będzie 7.5/10, gdyż muzycy z południa mają na koncie lepsze produkcje. Tworzą już od 30 lat, logiczne jest więc, iż nie każdy ich album będzie perełką. Ale ci ludzie trzymają pewien poziom, poniżej którego nie schodzą. Po tym poznaje się prawdziwą klasę.

Plusy:
+ To jest Laibach
+ Warstwa liryczna
+ The Whistleblowers
+ Posępny i refleksyjny klimat, niezmienny od lat

Minusy:
- Warstwa muzyczna, mimo wszystko gorsza od np. „WAT” lub „LAIBACHKUNSTDERFUGE”
- Słabnący już głos Milana Frasa

PS: Jestem świadom apologetyzacji Laibacha, ale potrafię się krytycznie odnieść do ich twórczości, czego dowodem jest powyższa recenzja. Porównanie z Beethovenem i Chopinem nie oznacza, że moim zdaniem Laibach jest od nich lepszy. (albo gorszy). Chcę pokazać pewną prawidłowość, niezmienną w swojej istocie mimo upływu czasu. Interpretacja muzyki to indywidualna sprawa każdego odbiorcy, lecz faktem jest poziom owej muzyki, który w wypadku Laibacha jest niepodważalnie wysoki.

Paweł:
Jeżeli ta płyta kończyłaby się wraz z pierwszym utworem to wystawiłbym jej nawet pozytywną ocenę. Dostajemy tutaj mieszankę mrocznych kawałków elektronicznych, które może kiedyś królowały (czy nadal królują) na zamkniętych, psychodelicznych dyskotekach. Nawet jeżeli natrafiliście na ten zespół, bo był w powiązanych tagach przy odtwarzaniu Rammsteina to nie znajdziecie tam nic interesującego. Jako czytelnicy tego rockowo-metalowego bloga nie doszukacie się w tej płycie, ani grama Rocka czy Metalu – na dowód czego dodam, że w tym zespole nie ma żadnego gitarzysty! To jedno zdanie idealnie podsumuje całą recenzję. Ciężko mi było przebrnąć przez całą płytę, nie wrócę do niej nigdy więcej. Może ktoś dostrzeże potencjał tego krążka. Nie mniej, nie tędy droga, nie do metalowych serc. Jeden średni utwór na czternaście daje 0,7/10 i przy tej ocenie pozostanę.

Kamil:
Właściwie moi przedmówcy napisali wszystko, co sądzę o tej płycie. Dla mnie również ten krążek mógłby mieć tylko pierwszy utwór; wtedy również ocena byłaby znacząco wyższa. Co więcej, z The Whistleblowers spotkałem się już wcześniej, więc miałem nadzieję na naprawdę udany album. Niestety, jak nie byłem fanem Laibacha, tak po tej płycie na pewno nim nie zostanę. I tutaj wypada przytoczyć Marcina „Dubstepowa elektronika jest nieprzyjemna, kłuje w uszy, powoduje chęć wyłączenia płyty. Pierwszy utwór jest przyjemny, reszta nie bardzo”. I nie rozumiem, czemu on, zauważając te wady wystawił płycie tak wysoką ocenę. Dla mnie to maksymalnie 3/10 i ani ułamka więcej, a i to tylko dzięki wymienionemu już utworowi otwierającemu płytę. Poza tym niestety nie mogę powiedzieć nawet, że to jest Rammstein bez gitar. Całe szczęście, że R+ poszedł w innym, o wiele bardziej przebojowym kierunku, bo niestety ale Laibacha bardzo ciężko się słucha. I mogę podziwiać działania pozamuzyczne grupy, doceniać ich historię, czy całkiem niezły, specyficzny klimat jaki starają się budować. Ale sama muzyka do mnie zupełnie nie przemawia.

Podsumowanie:
Marcin: 7,5/10
Paweł: 0,7/10
Kamil 3/10
Razem: 3,73/10

Spodobało się? Myślisz, że spodoba się innym? Podziel się!